[K]
Kobiety dla Gdańska
.m
Łączy Nas Mental
Nabory
1,5%
Podaruj 1,5%
Miasto Dziewczyn

Nie wiem jeszcze, czy to happy end

Zaledwie kilka miesięcy temu nasza kapitanka, Katarzyna Konat, stanęła w obliczu decyzji o końcu piłkarskiej kariery z powodu kontuzji. W poniższej rozmowie wracamy do tego momentu, starając się przybliżyć okoliczności i emocje, które temu towarzyszyły. Nieczęsto mamy okazję poznać kulisy tego trudnego, a czasami także dramatycznego etapu w sportowej karierze, dlatego tym bardziej zapraszamy do lektury.
Rozmowa
17/4/2026

Zaledwie kilka miesięcy temu nasza kapitanka, Katarzyna Konat, stanęła w obliczu decyzji o końcu piłkarskiej kariery z powodu kontuzji. W poniższej rozmowie wracamy do tego momentu, starając się przybliżyć okoliczności i emocje, które temu towarzyszyły. Nieczęsto mamy okazję poznać kulisy tego trudnego, a czasami także dramatycznego etapu w sportowej karierze, dlatego tym bardziej zapraszamy do lektury.


Marek Kosiński:
Pytań przygotowałem sporo. Proponuję zacząć pressingiem od pierwszej minuty: jak to się stało, że znalazłaś się w takiej sytuacji, jakie miałaś wtedy myśli, ile to trwało i jak wyglądał powrót do piłki. Mówiłaś mi też o tym, że wróciłaś z kontuzją z zagranicy.

Katarzyna Konat:
Tak. Tak naprawdę już w połowie sezonu zaczęłam odczuwać ból w kostce. W Hiszpanii pod koniec sezonu dostałam zastrzyk – blokadę w kostkę. Dograłam sezon do końca i myślałam, że ten zastrzyk na tyle pomógł, że wszystko jest okej. Nic nie czułam, totalnie nic – żadnego bólu.

Potem podpisałam kontrakt w Bradze i między zakończeniem sezonu w Hiszpanii a rozpoczęciem kolejnego w Portugalii nie miałam w ogóle czasu, żeby to skontrolować, wyleczyć czy zaleczyć. Podejrzewam więc, że w środku działy się różne rzeczy, tylko ja byłam – w cudzysłowie – znieczulona.

MK:
Co było dalej?

KK:
Potem poleciałam do Bragi. Tam przeszłam wszystkie testy medyczne – wszystko było w porządku. Powiedziałam też lekarzom, że miałam problemy z kostką. Normalnie zaczęłam okres przygotowawczy, zagrałam wszystkie mecze sparingowe, nawet w pełnych wymiarach czasu.

Chyba jako jedna z niewielu grałam we wszystkich tych meczach. I dosłownie tydzień przed startem ligi znowu poczułam ból. Czułam, że coś jest nie tak, ale grałam z tym bólem. On narastał, a ja dalej trenowałam, aż w końcu było tak źle, że nie byłam w stanie kontynuować gry.

Budziłam się w nocy, nie mogłam stanąć na stopie. Ból promieniował właściwie od dużego palca w górę.

MK:
Co to była za kontuzja?

KK:
Mam zwyrodnienia. Lekarz tłumaczył mi to tak, że jest tam ucisk od dużego palca, który promieniuje wyżej.

MK:
To była niezaleczona kontuzja czy raczej naturalne zwyrodnienia od obciążeń?

KK:
To raczej efekt powtarzających się urazów. Podejrzewam, że tyle razy skręciłam kostkę w karierze, że coś się tam uszkadzało i nigdy nie było do końca zaleczone.

MK:
Rozumiem, że w Portugalii sezon w zasadzie nie wyszedł, bo nie mogłaś grać?

KK:
Wracałam do gry, kiedy było trochę lepiej. Na przykład tydzień nie trenowałam, potem wracałam, trenowałam dwa–trzy tygodnie i znowu ból wracał. Lekarz w Portugalii powiedział mi wprost, że decyzja o grze należy do mnie. Nic gorszego nie powinno się już stać, ale to moja odpowiedzialność: czy gram z bólem do końca sezonu i potem robię operację, czy odpuszczam. Byłam tam sama, nie znałam portugalskiego. W Polsce mam swojego lekarza, więc zaproponowałam, że polecę do profesora Ficka. Pojechałam do Katowic i operację miałam właściwie trzy dni później…

MK:
Miałaś już wtedy kontrakt tutaj czy to było jeszcze w trakcie gry w Portugalii?

KK:
To było w połowie sezonu. Miałam jeszcze pół roku kontraktu, więc przez ten czas latałam między Polską a klubem. Lekarz na początku mówił, że po miesiącu–dwóch wrócę i może jeszcze zagram. Ale kiedy otworzył kostkę, okazało się, że sytuacja jest dużo gorsza niż na zdjęciach. Miało być tylko małe nacięcie z przodu, a finalnie cała kostka była operowana.

MK:
I wtedy pojawiła się informacja, że możesz już nie wrócić do piłki? Byłaś na to przygotowana?

KK:
Tak, taka była opinia profesora. Na początku byłam tak zmęczona tym ciągłym wracaniem do gry, bólem i kolejnymi przerwami, że przyjęłam to z dużą pokorą. Pomyślałam: może to jest moment, żeby odpuścić i przestać się męczyć. Pierwszy miesiąc czy dwa po operacji były dziwne – w głębi serca nawet trochę się cieszyłam, że w końcu odpocznę. Bo mimo że ludzie wokół chcą pomóc, to i tak wieczorem zostajesz z tym bólem i myślami sam. Poczułam ulgę. Zaczęłam rehabilitację w Katowicach. W pewnym momencie poczułam jednak, że strasznie tęsknię za piłką. Z tyłu głowy miałam jednak to, że szanse na powrót są niewielkie. Rehabilitacja przebiegała zgodnie z planem. Mój rehabilitant – Kubuś – mówił, że wrócę. Ale kiedy zaczynaliśmy robić rzeczy dynamiczne, skoki, zmiany kierunku, ból wracał. To była taka syzyfowa praca: robiłam postęp, a potem nagle znowu ostry ból w kostce i wszystko od początku. W pewnym momencie powiedziałam sobie: nie mam już siły.

MK:
Wróciłaś do profesora?

KK:
Tak, za każdym razem, kiedy ból wracał, szłam do lekarza. W końcu spojrzał mi w oczy i powiedział, żebym zaczęła szukać alternatywy dla piłki, bo raczej nie wrócę do gry. Pamiętam, że wtedy się popłakałam. Nie przy nim – dopiero jak wyszłam z gabinetu. Miałam wtedy 29 lat, a to przecież nie jest wiek, w którym normalnie kończy się karierę. Mogłam jeszcze spokojnie kilka lat grać. Na szczęście miałam wokół siebie ludzi, którzy mnie wspierali. Rehabilitant cały czas powtarzał, że zrobi wszystko, żebyśmy jeszcze zobaczyli się na moim meczu. Z czasem przestałam myśleć o powrocie do piłki. Skupiłam się na tym, żeby po prostu być zdrową. Żeby w przyszłości normalnie funkcjonować – choćby pojechać w góry czy zwyczajnie chodzić bez bólu.

MK:
W którym momencie pojawiła się więc myśl, że jednak możesz kontynuować karierę?

KK:
Moja rehabilitacja wyglądała tak, że przychodziłam na salę o dziewiątej rano z jedzeniem na cały dzień i wychodziłam dopiero wieczorem ze sprzątaczkami. Pomagałam im nawet sprzątać sprzęt. Trzy miesiące były całkowicie wyjęte z życia. Na początku myślałam raczej o alternatywie dla piłki. Chciałam po prostu być zdrowa i dalej uprawiać sport – nawet jeśli nie na najwyższym poziomie. Z czasem jednak praca zaczęła przynosić efekty. Wzmocniłam mięśnie i ścięgna wokół kostki i ból stopniowo ustępował. Tydzień po tygodniu było coraz lepiej. Nie wiem, czy można to nazwać cudem, ale był moment przełomu, kiedy sama nie wierzyłam w to, co się dzieje.

Wtedy byłam już na etapie szukania sobie jakiejś alternatywy. Co poza piłką nożną? I oczywiście jestem człowiekiem, który nie wyobraża sobie życia bez aktywności fizycznej. Postanowiłam sobie, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby być zdrowa i żeby w przyszłości uprawiać sport. Nawet jeśli to nie będzie piłka nożna na najwyższym poziomie, ale żeby po prostu robić to, co kocham. No i ja rzeczywiście pracowałam bardzo dużo. Skupiłam się wtedy bardzo na tym, żeby dojść do zdrowia. No i koniec końców okazało się, że ta moja praca przyniosła rzeczywiście owoce. W pewnym momencie na tyle wzmocniłam wszystkie ścięgna, które trzymają kostkę, że rzeczywiście odczułam poprawę, ból ustąpił. Nie wiem, czy to można nazwać cudem, ale tak się właśnie stało.

MK:
Rozumiem, że kontrakt się kończył?

KK:
Tak. Klub pokrył jeszcze część kosztów operacji, ale nie przedłużaliśmy kontraktu. W Portugalii mieszkałam na trzecim piętrze bez windy, musiałam prosić o pomoc – to było dla mnie trudne. W Polsce czułam się po prostu lepiej.

MK:
Jak trafiłaś do Gdańska?

KK:
Przypadkiem. Byłam na meczu reprezentacji z chrześniakiem. Spotkałam osoby z klubu, zaczęliśmy rozmawiać i zaproponowali mi pomoc. Powiedziałam wprost, że nie wiem, czy dam radę wrócić. Przez pół roku miałam momenty, gdzie granie było bardzo trudne – usztywniona kostka, ograniczenia ruchu, balans, czucie piłki.

MK:
Ale grasz.

KK:
Zaciskam zęby. Czasem ból wraca, ale radzę sobie. Nie wiem jeszcze, czy to happy end.

MK:
Kasiu, dziękuję Ci za rozmowę i przede wszystkim życzę dużo zdrowia. Twoja waleczność i upór zasługują na ten happy end.

Marek Kosiński: Chcąc omówić najważniejsze dziś dla Klubu kwestie, w pierwszej kolejności trudno nie zapytać o 15-lecie, bo tyle lat Akademia skończyła w sierpniu tego roku. Najbardziej interesuje mnie Twoja prywatna perspektywa. Przede wszystkim, czy wierzysz, że tyle czasu już minęło?

Tomasz Bocheński: Trudno rzeczywiście było spodziewać się, że te 15 lat minie tak szybko. Zwłaszcza biorąc pod uwagę, że w tym czasie dość dużo rzeczy się działo, dużo zwrotów akcji i sytuacji, które rzutowały na to, w jakim miejscu teraz się znajdujemy. Bardzo się cieszę, że akurat mi było dane brać w tym udział i współtworzyć część z tych projektów, które wpłynęły na to, że chociażby dzisiaj nasz pierwszy zespół występuje w Ekstralidze kobiet, że możemy się pochwalić kilkoma wychowankami w kadrach Polski na różnych szczeblach, w różnych kategoriach wiekowych. Te 15 lat to w historii Klubu i długo, i niedługo. Dlatego myślę, że jeszcze sporo przed nami. Ale rzeczywiście jest co świętować.

MK: Tak, to prawda. Pytanie w odniesieniu do tego, o czym mówiłeś: Klub przerobił dosyć dobrze znaną w Gdańsku ścieżkę błyskawicznego awansu od najniższego poziomu do najwyższej klasy rozgrywek. Na wykresie ten proces wygląda na bardzo kontrolowany. A jak było naprawdę?

TB: Ciekawostka: mi się dwa razy udało tę trasę przebyć — jako kibic i już później jako pracownik klubu Lechia Gdańsk — z A klasy do Ekstraklasy, a tutaj rzeczywiście jako prezes. Jeśli chodzi o tę pracę z kobietami, z dziewczętami, od III ligi do Ekstraligi, to myślę, że w pewnym momencie już te kolejne awanse, zwłaszcza jeśli chodzi o ten drugi sezon drugiej ligi, były zaplanowane. W dłuższej perspektywie zakładaliśmy, że na pierwszej lidze nie chcemy się zatrzymywać. Każdy tak naprawdę awans na szczebel wyżej powodował, że musieliśmy wyżej stawiać sobie poprzeczkę. Przede wszystkim jeśli chodzi o zapewnienie dobrych, wartościowych zawodniczek, które na początku miały za zadanie utrzymać zespół w danej lidze, a później powalczyć o awans.

Wykres można powiększyć. Ikona pojawi się w prawym dolnym rogu wykresu po najechaniu nań kursorem.

TB: I tak naprawdę, patrząc na tę sekwencję lat, to dwa lata w II lidze, trzy lata w I lidze i awans, więc jakaś prawidłowość tutaj jest. No i oczywiście później już samo utrzymanie w Ekstralidze i kolejne sezony, w których chcieliśmy osiągać jak najlepsze wyniki. Myślę, że tutaj ta wartość organizacyjna musiała rosnąć.

MK: Jesteś w stanie wskazać jakieś krytyczne momenty na tej drodze? Najlepsza versus najgorsza decyzja? Nie tylko w aspekcie sportowym, ale też organizacyjnym.

TB: Wiadomo, że rok 2015 i decyzja Lechii Gdańsk o zakończeniu współpracy z Akademią Piłkarską Lechia Gdańsk, bo tak wtedy klub się nazywał, była takim krokiem czy może takim momentem, który spowodował, że pewne rzeczy musiały się potoczyć zupełnie innym torem. Ja po latach zwykłem mówić, że w sumie powinienem może niektórym ówczesnym decydentom podziękować…

MK: O to chciałem pytać — czy uważasz to za tę najgorszą, czy za najlepszą decyzję?;)

TB: Z perspektywy czasu i mając tę wiedzę, którą mam dzisiaj, uważam, że ktoś zasłużył na odznakę od nas z klubu, bo gdyby nie to… oczywiście śmieję się, ale trochę tak wyszło, bo pewnie będąc dalej klubem szkolącym tylko chłopców, nie zaszlibyśmy tak daleko, jeśli chodzi o sukces sportowy. Wiadomo, że Akademia ma pewne zadania, z których musi się wywiązać. My jesteśmy klubem, który w tej chwili sam posiada drużynę seniorską, więc inne cele, zupełnie inne perspektywy do tego, żeby je realizować. Zatem tak — to był na pewno ten rok 2015, to był punkt zwrotny. Myślę, że drugim takim momentem był awans do Ekstraligi, który zupełnie na inne tory nas skierował. Wtedy też nasz sponsor zdecydował się na to, żebyśmy przyjęli jego nazwę w nazwie klubu czy drużyny. Więc to są takie dwa momenty kluczowe, o których mógłbym wspomnieć.

MK: A dzisiaj, gdzie na ten moment umieściłbyś Akademię na mapie kobiecego futbolu w Polsce? Nie chodzi mi o aspiracje, bardziej o stan na dzisiaj — miejsce w tabeli, ale też aspekt biznesowy, organizacyjny.

TB: Jeśli chodzi o miejsce w tabeli, to myślę, że ten środek w kierunku góry to jest to, w co celujemy. Oczywiście z różnym skutkiem, na różnym etapie sezonu to wychodzi. Zobaczymy, co będzie na koniec i to będzie chyba najwłaściwsza odpowiedź na to pytanie. Natomiast jeśli chodzi o organizację, myślę, że na te warunki, które dzisiaj możemy zabezpieczyć — zarówno jeśli chodzi o to, gdzie gramy, mówię o mieście Gdańsku - jak i o te warunki, które klub posiada od strony personalnej — to myślę, że jesteśmy tutaj w pierwszej czwórce. Także jeśli chodzi o organizację samego Klubu, jak i Akademii, i tego, co podejmujemy, jeśli chodzi o działania z seniorkami.

MK: Pewnie dużo się będzie zmieniało, bo futbol kobiecy rozwija się z niewiarygodną prędkością w skali globalnej. W Polsce pewnie będzie to za chwilę zauważalne, bo poza sukcesami, zwłaszcza reprezentacji juniorskich, budzą się kluby męskie z olbrzymimi tradycjami. Zaczynają zauważać ten potencjał. Część z nich — Lech Poznań, Śląsk Wrocław, Pogoń Szczecin — są w Ekstralidze z coraz większymi aspiracjami, ale w I lidze przebija się Legia Warszawa i pewnie za chwilę dołączą kolejne. Kluby te, wchodząc w futbol kobiecy, na dzień dobry mają zupełnie inne możliwości organizacyjne, jeśli chodzi o obiekty i wsparcie struktury, która już istnieje po męskiej stronie. Jak to odbierasz? Zarówno jeśli chodzi o proces, ale też zagrożenie dla sposobu i skali, w jakiej funkcjonuje Akademia Piłkarska 2010?

TB: Oczywiście dostrzegam ten trend. Ten trend jest też wszechobecny, jeśli chodzi o Europę. Duże kluby połykają mniejsze drużyny kobiece, wciągają je w swoje struktury. Mało które w tej chwili decydują się na taką drogę od podstaw, co chyba sportowo nie jest do końca właściwe. No ale taka jest rzeczywistość. Ja, mimo że przyglądam się temu procesowi od dłuższego czasu i siłą rzeczy też w jakiś sposób musimy zacząć w tym systemie funkcjonować, nie ukrywam, że nie jestem zwolennikiem — jeśli chodzi o polskie warunki — przejmowania klubów kobiecych przez kluby męskie. Doświadczenia są takie, że pierwszy kryzys w klubie męskim odbije się bardzo mocno na pionie żeńskim. Przykładów tego jest co najmniej kilka. To, że klub męski posiada drużynę kobiecą, nie znaczy, że od razu będzie walczył o najwyższe cele. Oczywiście jest GKS Katowice, który zdobył dwa mistrzostwa Polski. Natomiast uważam, że stabilizacja drużyny kobiecej w klubie męskim zależy od stabilizacji klubu męskiego jako takiego. I wszelkie kryzysy związane z klubem męskim niestety będą się odbijać na drużynach żeńskich. U nas tego nie ma, bo nie istnieje klub męski mogący wywrzeć wpływ na naszą stabilność.

MK: A powiększenie ligi? Myślisz, że może coś takiego w najbliższym czasie wystąpić? Mam na myśli napływ do Ekstraligi klubów z poważnymi możliwościami.

TB: Jeśli tak będzie, to czemu nie? Uważam, że generalnie 11 meczów w rundzie to mało. Natomiast mam pewną wątpliwość na dzień dzisiejszy, bo zwiększenie ligi nie spowoduje zwiększenia dostępności dobrych zawodniczek na rynku. W pewnym momencie te kluby nowe, które dołączą, będą też chciały pozyskiwać jak najlepsze zawodniczki. Siłą rzeczy te kadry będą musiały wchłonąć zawodniczki coraz młodsze, a my mamy z tym duży problem, dlatego że coraz większa jest kolizja pomiędzy tym, czego od zawodniczek oczekuje się na poziomie kadr młodzieżowych, a czego oczekują kluby — rozjazd w terminach zgrupowań, kolizja z meczami ligowymi. To jest problem. Jeżeli tych zawodniczek będzie więcej grać w Ekstralidze, to problem tylko urośnie.

MK: Pewnie też w tej sytuacji siłą klubu jest bez wątpienia Akademia. W tej chwili liczba powołań do młodzieżowych reprezentacji jasno tego dowodzi. To jest jakiś oręż, element przewagi konkurencyjnej. Ale, tak jak mówisz, pojawią się chętni, żeby po ten potencjał również sięgać.

TB: Oczywiście, że tak. Tutaj trzeba dążyć do tego, żeby zbudować klub, którego zawodniczki nie będą chciały opuszczać. Oprócz aspektu sportowego muszą mieć możliwość zarabiania na poziomie adekwatnym do tego, jaki poziom prezentują. Walorów miejsca — Gdańska — nie trzeba nikomu przedstawiać. Z naszego punktu widzenia, jako rodowitych gdańszczan, każdy powinien chcieć tu grać. Natomiast jest kilka innych czynników, również sportowych. Musimy po prostu walczyć o najwyższe cele. Wtedy najlepsze zawodniczki będą chciały tutaj grać, a nasze wychowanki będą chciały zostawać. Miejmy nadzieję, że będziemy na nich budować siłę, bo my przede wszystkim pamiętajmy: jesteśmy akademią piłkarską — chcemy szkolić, chcemy, żeby dziewczyny z Gdańska i okolic miały miejsce, gdzie będą mogły kontynuować kariery i walczyć o najwyższe cele bez konieczności wyjeżdżania z regionu.

Anna Skrzypczyk, brązowa medalistka Mistrzostw Europy do lat 17.

MK: OK, to jest jakiś punkt wyjścia do mojego pytania na temat planów, ale najpierw chciałbym Cię poprosić o pewne rozliczenie z przeszłością. Jesteśmy w momencie, kiedy — gdy ten wywiad będzie publikowany — Klub pozbywa się członu LG ze swojej nazwy. Nie jest tajemnicą, że LG pierwotnie oznaczało Akademię Piłkarską Lechii Gdańsk, o czym wspomniałeś. Potem była to Akademia Piłkarska LG. Teraz w pewnym sensie Klub symbolicznie uwalnia się od tego aspektu swojej przeszłości, stając się Akademią Piłkarską 2010 Orlen Gdańsk. Po prostu nadszedł ten moment?

TB: Ten moment powinien nadejść dużo wcześniej, dlatego że my od wielu, wielu lat — 10 już lat — z Lechią nie mamy nic wspólnego. A jednak mimo wszystko to LG, które pozostawione było na samym początku, było drogą jakiegoś kompromisu wobec oczekiwań rodziców, którzy postanowili zostać z nami. Pamiętajmy, że przez rok, w sezonie 2015/16, prowadziliśmy własne drużyny chłopców, więc ciężko było przeciąć tę identyfikację z Lechią tak diametralnie, żeby po prostu zmienić nazwę na jakąś inną. A później, szczerze mówiąc, kompletnie nie mieliśmy na to pomysłu. I tak, w związku z tym że od roku 2020 przyjmowaliśmy w rozgrywkach nazwę sponsora tytularnego, problem rozwiązał się sam. Ale ostatnimi czasy doszliśmy do wniosku, że może właśnie te 15 lat funkcjonowania Klubu to odpowiedni moment, żeby spróbować czegoś innego. Pojawił się ciekawy pomysł, którego — nie ukrywajmy — autorem jesteś ty, Marku, i taki, który od początku kompletnie nie wzbudzał żadnych kontrowersji, a wręcz nawiązywał do tradycji wielkich klubów, niekoniecznie polskich, które takie nazwy zawierające rok powstania mają. Myślę, że to dobry moment na zmianę. Przy okazji robimy parę innych widocznych — w dniu ukazania się tego wywiadu — zmian. Uważam, że zapewne tak miało być. Ten człon LG rzeczywiście znika. Oczywiście nie znika 15-letnia historia, w którą LG - czyli Lechia - była wpisana. To też jest część naszej historii, ale czas pisać nową — pod nową nazwą.

MK: Warto powiedzieć, że najczęściej kluby piłkarskie używają daty założenia w swojej nazwie, żeby się pochwalić tradycją czy latami obecności. Tu „2010” też spełnia to kryterium, bo jest to jedna z pierwszych organizacji, która na poważnie zajęła się kobiecą piłką w Polsce i ją rozwija. Ale mam teraz pytanie o perspektywy — w pierwszej kolejności jeśli chodzi o sport, ale w odniesieniu do Akademii. Czy istnieje ścieżka rozwoju? Jakie czynniki mogą tutaj zadecydować? Szkolenie jest dosyć rozległe — jaka jest wizja na to, co dalej?

TB: Przede wszystkim chcemy w Akademię inwestować. To znaczy obudowywać działania podstawowe, które związane są z codziennym szkoleniem, tak żeby zawodniczka, która tutaj przychodzi, dostała serwis na jak najwyższym poziomie — po to, żeby przygotować ją w sposób odpowiedni do tego, co ją czeka w momencie, kiedy zostanie włączona do zespołu seniorek. I aspekty motoryczne, i mentalne — przygotowanie do profesjonalnego uprawiania sportu — to są cele, które musimy brać pod uwagę i na nie znajdować finansowanie. To staramy się robić. Uczestniczymy w różnych projektach i programach zlecanych przez różne instytucje, które pozwalają nam te rzeczy sfinansować, zapewnić, zorganizować. Tylko taką drogą: przygotować jak największą liczbę dziewczyn z Gdańska i regionu pomorskiego — oczywiście nie tylko — do tego, żeby mogły walczyć o medale w naszym klubie.

MK: Tu jest jeszcze jeden wątek, jeśli mówimy o szkoleniu — Piłkarska Przyszłość z Orlenem. Co czeka tę inicjatywę?

TB: Ośrodków jest w tej chwili 19 czy 20. Ta liczba będzie się nadal zwiększać. Na tę chwilę mamy tak skonstruowaną umowę i tak kształtujemy relację z Orlenem — sponsorem projektu — że zakładamy w kolejnym roku rozwój, zwiększenie liczby ośrodków. Co ważne z punktu widzenia piłki kobiecej — w ostatnim roku dołączyły do projektu cztery nowe ośrodki, z czego dwa szkolą kobiety. Jeden jest dwusekcyjny, a jeden jest tylko kobiecy. Pod tym względem zwiększa się reprezentacja drużyn kobiecych w programie i bardzo dobrze, dlatego że będzie można z tego kiedyś zaczerpnąć. Będzie można tym dziewczynom dać szansę, żeby kontynuowały kariery w klubie ekstraligowym. Takie jest założenie.

MK: Kariery polskich piłkarek wyglądają coraz bardziej imponująco. Akademia ma wśród swoich wychowanków — jeszcze z czasu, kiedy bardzo mocno pracowała z chłopcami — takie nazwiska jak Przemek Frankowski, Kacper Urbański czy Jakub Kałuziński. Natomiast zostawiając temat szkolenia: być może — i wszystko na to wskazuje — w najbliższych latach bardzo dużo będzie się zmieniało także na polskiej arenie organizacyjnie i biznesowo. Klub ma możnych sponsorów, na czele z Orlenem, ma sporą liczbę partnerów. Czy to już jest wystarczający potencjał do rzucenia wyzwania całej lidze?

TB: Myślę, że mało brakuje. Patrząc na to, jakie wyniki osiąga na przestrzeni ostatnich lat pierwszy zespół, za każdym razem brakowało niewiele, żeby nawiązać walkę o medale. Oczywiście zależy, co to znaczy „niewiele” — myślę tu o kilku dobrych zawodniczkach, które wzmocniłyby zespół i pozwoliły, by wyniki w najważniejszych momentach sezonu były stabilne. To mogłoby dać medal. Do tego potrzebne było wsparcie jednego dużego sponsora, który zapewniłby, że trzy–cztery kontrakty można byłoby na dobrym poziomie zagwarantować. I w tym momencie uważam, że jesteśmy gotowi, żeby spokojnie walczyć o wygranie tej ligi.

MK: Tomek, bardzo dziękuję za rozmowę. Myślę, że na dzisiaj to wystarczy. Mówimy o czymś, co w klubie się zaczyna. W jakimś stopniu dotknęliśmy tego w tej rozmowie, więc wątków do omówienia będzie jeszcze całkiem sporo, ale proponuję zostawić to już na kolejną okazję.

TB: Dziękuję bardzo. Tak, bez wątpienia będzie o czym mówić;)

Podziel się

Bądź na bieżąco z naszym blogiem

Zapisz się do newslettera, żeby otrzymać raz na tydzień podsumowanie najważniejszych wydarzeń i wpisów!

Klikając Zapisz się, potwierdzasz akceptację naszej Polityki Prywatności.
Dziękujemy! Twoje zgłoszenie zostało przyjęte
Ups! Wystąpił błąd podczas wysyłania formularza