Nie wiem jeszcze, czy to happy end

Marek Kosiński:
Pytań przygotowałem sporo. Proponuję zacząć pressingiem od pierwszej minuty: jak to się stało, że znalazłaś się w takiej sytuacji, jakie miałaś wtedy myśli, ile to trwało i jak wyglądał powrót do piłki. Mówiłaś mi też o tym, że wróciłaś z kontuzją z zagranicy.
Katarzyna Konat:
Tak. Tak naprawdę już w połowie sezonu zaczęłam odczuwać ból w kostce. W Hiszpanii pod koniec sezonu dostałam zastrzyk – blokadę w kostkę. Dograłam sezon do końca i myślałam, że ten zastrzyk na tyle pomógł, że wszystko jest okej. Nic nie czułam, totalnie nic – żadnego bólu.
Potem podpisałam kontrakt w Bradze i między zakończeniem sezonu w Hiszpanii a rozpoczęciem kolejnego w Portugalii nie miałam w ogóle czasu, żeby to skontrolować, wyleczyć czy zaleczyć. Podejrzewam więc, że w środku działy się różne rzeczy, tylko ja byłam – w cudzysłowie – znieczulona.
MK:
Co było dalej?
KK:
Potem poleciałam do Bragi. Tam przeszłam wszystkie testy medyczne – wszystko było w porządku. Powiedziałam też lekarzom, że miałam problemy z kostką. Normalnie zaczęłam okres przygotowawczy, zagrałam wszystkie mecze sparingowe, nawet w pełnych wymiarach czasu.
Chyba jako jedna z niewielu grałam we wszystkich tych meczach. I dosłownie tydzień przed startem ligi znowu poczułam ból. Czułam, że coś jest nie tak, ale grałam z tym bólem. On narastał, a ja dalej trenowałam, aż w końcu było tak źle, że nie byłam w stanie kontynuować gry.
Budziłam się w nocy, nie mogłam stanąć na stopie. Ból promieniował właściwie od dużego palca w górę.

MK:
Co to była za kontuzja?
KK:
Mam zwyrodnienia. Lekarz tłumaczył mi to tak, że jest tam ucisk od dużego palca, który promieniuje wyżej.
MK:
To była niezaleczona kontuzja czy raczej naturalne zwyrodnienia od obciążeń?
KK:
To raczej efekt powtarzających się urazów. Podejrzewam, że tyle razy skręciłam kostkę w karierze, że coś się tam uszkadzało i nigdy nie było do końca zaleczone.
MK:
Rozumiem, że w Portugalii sezon w zasadzie nie wyszedł, bo nie mogłaś grać?
KK:
Wracałam do gry, kiedy było trochę lepiej. Na przykład tydzień nie trenowałam, potem wracałam, trenowałam dwa–trzy tygodnie i znowu ból wracał. Lekarz w Portugalii powiedział mi wprost, że decyzja o grze należy do mnie. Nic gorszego nie powinno się już stać, ale to moja odpowiedzialność: czy gram z bólem do końca sezonu i potem robię operację, czy odpuszczam. Byłam tam sama, nie znałam portugalskiego. W Polsce mam swojego lekarza, więc zaproponowałam, że polecę do profesora Ficka. Pojechałam do Katowic i operację miałam właściwie trzy dni później…
MK:
Miałaś już wtedy kontrakt tutaj czy to było jeszcze w trakcie gry w Portugalii?
KK:
To było w połowie sezonu. Miałam jeszcze pół roku kontraktu, więc przez ten czas latałam między Polską a klubem. Lekarz na początku mówił, że po miesiącu–dwóch wrócę i może jeszcze zagram. Ale kiedy otworzył kostkę, okazało się, że sytuacja jest dużo gorsza niż na zdjęciach. Miało być tylko małe nacięcie z przodu, a finalnie cała kostka była operowana.
MK:
I wtedy pojawiła się informacja, że możesz już nie wrócić do piłki? Byłaś na to przygotowana?
KK:
Tak, taka była opinia profesora. Na początku byłam tak zmęczona tym ciągłym wracaniem do gry, bólem i kolejnymi przerwami, że przyjęłam to z dużą pokorą. Pomyślałam: może to jest moment, żeby odpuścić i przestać się męczyć. Pierwszy miesiąc czy dwa po operacji były dziwne – w głębi serca nawet trochę się cieszyłam, że w końcu odpocznę. Bo mimo że ludzie wokół chcą pomóc, to i tak wieczorem zostajesz z tym bólem i myślami sam. Poczułam ulgę. Zaczęłam rehabilitację w Katowicach. W pewnym momencie poczułam jednak, że strasznie tęsknię za piłką. Z tyłu głowy miałam jednak to, że szanse na powrót są niewielkie. Rehabilitacja przebiegała zgodnie z planem. Mój rehabilitant – Kubuś – mówił, że wrócę. Ale kiedy zaczynaliśmy robić rzeczy dynamiczne, skoki, zmiany kierunku, ból wracał. To była taka syzyfowa praca: robiłam postęp, a potem nagle znowu ostry ból w kostce i wszystko od początku. W pewnym momencie powiedziałam sobie: nie mam już siły.
MK:
Wróciłaś do profesora?
KK:
Tak, za każdym razem, kiedy ból wracał, szłam do lekarza. W końcu spojrzał mi w oczy i powiedział, żebym zaczęła szukać alternatywy dla piłki, bo raczej nie wrócę do gry. Pamiętam, że wtedy się popłakałam. Nie przy nim – dopiero jak wyszłam z gabinetu. Miałam wtedy 29 lat, a to przecież nie jest wiek, w którym normalnie kończy się karierę. Mogłam jeszcze spokojnie kilka lat grać. Na szczęście miałam wokół siebie ludzi, którzy mnie wspierali. Rehabilitant cały czas powtarzał, że zrobi wszystko, żebyśmy jeszcze zobaczyli się na moim meczu. Z czasem przestałam myśleć o powrocie do piłki. Skupiłam się na tym, żeby po prostu być zdrową. Żeby w przyszłości normalnie funkcjonować – choćby pojechać w góry czy zwyczajnie chodzić bez bólu.
MK:
W którym momencie pojawiła się więc myśl, że jednak możesz kontynuować karierę?
KK:
Moja rehabilitacja wyglądała tak, że przychodziłam na salę o dziewiątej rano z jedzeniem na cały dzień i wychodziłam dopiero wieczorem ze sprzątaczkami. Pomagałam im nawet sprzątać sprzęt. Trzy miesiące były całkowicie wyjęte z życia. Na początku myślałam raczej o alternatywie dla piłki. Chciałam po prostu być zdrowa i dalej uprawiać sport – nawet jeśli nie na najwyższym poziomie. Z czasem jednak praca zaczęła przynosić efekty. Wzmocniłam mięśnie i ścięgna wokół kostki i ból stopniowo ustępował. Tydzień po tygodniu było coraz lepiej. Nie wiem, czy można to nazwać cudem, ale był moment przełomu, kiedy sama nie wierzyłam w to, co się dzieje.
Wtedy byłam już na etapie szukania sobie jakiejś alternatywy. Co poza piłką nożną? I oczywiście jestem człowiekiem, który nie wyobraża sobie życia bez aktywności fizycznej. Postanowiłam sobie, że zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby być zdrowa i żeby w przyszłości uprawiać sport. Nawet jeśli to nie będzie piłka nożna na najwyższym poziomie, ale żeby po prostu robić to, co kocham. No i ja rzeczywiście pracowałam bardzo dużo. Skupiłam się wtedy bardzo na tym, żeby dojść do zdrowia. No i koniec końców okazało się, że ta moja praca przyniosła rzeczywiście owoce. W pewnym momencie na tyle wzmocniłam wszystkie ścięgna, które trzymają kostkę, że rzeczywiście odczułam poprawę, ból ustąpił. Nie wiem, czy to można nazwać cudem, ale tak się właśnie stało.
MK:
Rozumiem, że kontrakt się kończył?
KK:
Tak. Klub pokrył jeszcze część kosztów operacji, ale nie przedłużaliśmy kontraktu. W Portugalii mieszkałam na trzecim piętrze bez windy, musiałam prosić o pomoc – to było dla mnie trudne. W Polsce czułam się po prostu lepiej.
MK:
Jak trafiłaś do Gdańska?
KK:
Przypadkiem. Byłam na meczu reprezentacji z chrześniakiem. Spotkałam osoby z klubu, zaczęliśmy rozmawiać i zaproponowali mi pomoc. Powiedziałam wprost, że nie wiem, czy dam radę wrócić. Przez pół roku miałam momenty, gdzie granie było bardzo trudne – usztywniona kostka, ograniczenia ruchu, balans, czucie piłki.
MK:
Ale grasz.
KK:
Zaciskam zęby. Czasem ból wraca, ale radzę sobie. Nie wiem jeszcze, czy to happy end.
MK:
Kasiu, dziękuję Ci za rozmowę i przede wszystkim życzę dużo zdrowia. Twoja waleczność i upór zasługują na ten happy end.


